Sergiusz:)

Sergiusz:)

sobota, 26 lutego 2011

o zmęczeniu i.....dojrzewaniu;-)

Powrót do pracy okazał się trudniejszy niż przypuszczałam.I nie do końca dotyczy to samej pracy.Tam radzę sobie w miarę dobrze.Gorzej z domem,a raczej ze mną samą.Bo dom się nie zawalił,rodzina funkcjonuje całkiem dobrze,Paciorek na dobre zaakceptował Nianię.Najwspanialsza z córek,czasami z własnej chęci,czasami pod przymusem pomaga utrzymywać w domu ład i porządek za co jestem jej niezmiernie wdzięczna.Jednak ja sama zaniedbałam się....I nie o wygląd tu chodzi....Ostatnio nawet nie mam czasu ani ochoty sięgnąć do zaczętej książki.Mam wiele planów,może i chęci,ale jakoś sił mi brak.Paciorek zasypia w miarę szybko,dużą część wieczoru mogłabym poświęcić na różne sprawy,a prawda jest taka,że mnie się już za bardzo ręką nawet nie chce ruszyć.A po dniach kiedy wracam z pracy po 22 i jeszcze potem muszę wstawać na 6 rano (całe szczęście,że raz w tygodniu)jestem jak wyciśnięta przez praskę...
Dzisiaj zmusiłam się do usmażenia pączków-oponek, ale to mój pociąg do słodyczy raczej zwyciężył:)Dobrze,że jednak coś zwycięża tą moją "bezsilność".
Może, gdy przyjdzie wiosna i słonko, nowe siły we mnie wstąpią?..a może gdy w końcu Paciorek przestanie ząbkować,przestanie się budzić i pozwoli się wyspać?...a może trzeba ze sobą troszkę powalczyć?...Bo w końcu szkoda czasu na spanie..:)))Szczególnie gdy czas tak szybko ucieka...kolejne urodziny się zbliżają....a ja ...starzeję się:)))No nie...przesadziłaś kobieto....Ja nie starzeję się, ja ....DOJRZEWAM:))))) ciekawe jaki mój rocznik jest w ...konsumpcji?? ;-) ...o to Męża trzeba by zapytać ;-)

poniedziałek, 14 lutego 2011

walentynkowo

Nawet nie przypuszczałam,że mam taką fotkę na czasie:)Już nawet nie pamiętam która z moich Dziewczyn jest autorką tych wyfilcowanych serduszek...Ale wszystko jest do sprawdzenia.
Ja jakoś nie jestem dzisiaj nastawiona "świątecznie".Ból pleców i ramion odbiera mi ostrość widzenia i odczuwania.Choć może...odczuwam zbyt ostro...wszystko szybciej mnie drażni,wyprowadza z równowagi,a za mało cieszy i rozśmiesza...a jeśli już to tak "półgębkiem".Niestety masaże Męża,które wcześniej skutkowały,pomagają na chwilę,nacieranie i Amolem i Fastum przynosi chwilowe ukojenie.Zaopatrzyłam się w końcu w Voltaren w tabletkach,może teraz przyniesie to ulgę.Oby...Bo wcale nie chcę być skrzywioną,zrzędliwą babą,która nawet na serduszka patrzeć nie może.....W gruncie rzeczy to nawet romantyczna jestem:))
A Walentynki to okazja,by partnerowi pokazać że "JESTEM", "PAMIĘTAM". Ot,tak...po prostu...Nawet bez wielkich uniesień...
I mimo swojej zrzędliwości nie zapomniałam o Mężu:)Kupiłam mu to co wydawało mi się,że będzie mu smakowało...A czy jest zadowolony??Po jego minie wnioskować można,że tak,jednak przy braku wylewności z Jego strony....można się tylko domyślać:)
Mój Mały Walenty dostanie Camillię na ząbki i może będzie dzięki temu mniej zrzędliwy:) i bardziej uśmiechnięty:)....tak jak Mamusia po Voltarenie;-)

poniedziałek, 7 lutego 2011

czas na oddech...

Maraton w pracy zakończony.Pora na wzięcie oddechu.Wczoraj już nadrabialiśmy zaległości rodzinne będąc z wizyta u Dziadka i Wujka (który znów jest starszy o rok:-)).Paciorek jak to bywa ostatnio zachwycony by wizytą przez pierwsze pół godziny, a wszyscy wkoło zachwyceni,bo dziecko śmiało się i próbowało broić ile się da.Doszliśmy z Mężem do wniosku,że da nam jeszcze popalić,bo zapowiada się na niezłego urwisa.Ale za to jest rozkoszny i taki rozbrajający gdy się śmieje:)Nawet Najwspanialsza z Córek pozwala mu wczepiać się w swoje włosy,bo też robi rozkosznie,choć....boleśnie:(
Niestety,w czasie który mam na "oddech" mam do posprzątania "troszkę" przestrzeni.Ale co tam....dam radę.Tym bardziej,że słonko zagląda przez okno i dodaje energii życiowej...JAK JA JUŻ CHCĘ WIOSNY!! Mogłaby już przyjść i zostać.Ale to ciepełko i słoneczko za oknem,to tylko takie chwilowe pocieszenie w tym moim oczekiwaniu.Szkoda...Nie ma co narzekać...Życie trzeba przeżywać "tu i teraz",a teraz...słonko sieci,jest ciepło,przyjemnie i ...ŻYĆ SIĘ CHCE:)))

..a więc....do roboty:))

czwartek, 3 lutego 2011

mama idzie do pracy....

To co wydawało się tak odległe w końcu ziściło się...Mama wróciła do pracy.Zanim to jednak nastąpiło moja panika już nie tykała sobie ot tak..równomiernie,ale można było usłyszeć prawie bicie Dzwonu Zygmunta takie żałosne,jakby na alarm. W końcu gdy przyszedł ten dzień jakoś nie mogłam sama uwierzyć w to, że "to już dziś"! Byłam wdzięczna mężowi,że na te pierwsze dni,gdy mnie prawie nie będzie w domu on wziął sobie urlop i ten czas spędził z Paciorkiem. Nie powiem, Niania spisuje się na medal, Paciorek widać zaakceptował ją już jako "swoją",jednak...co Tata to tata!!A i mnie samej jakoś łatwiej było sobie wytłumaczyć,że już przecież wychodziłam o tej porze z domu, świat się wtedy nie walił, Synuś był cały,zdrowy i szczęśliwy,a teraz tylko wracam później,czego on i tak nie doświadcza,bo już smacznie śpi.
A w pracy.....a w pracy też okazało się,że prawie się nic nie zmieniło.Wszystko co robiłam kiedyś,robię teraz z taką samą pewnością, w sobie znajomym rytmie.I gdy "weszłam" już w ten rytm,to można by było myśleć,że do pracy wróciłam poweekendzie,a nie po kilku miesiącach nieobecności.
Tak więc i w domu i w pracy na razie nic się nie wali,choć by zorganizować teraz życie sobie i domownikom przydałyby się już dodatkowe godziny....Ale tak ma już chyba większość Mam:)))